wersja polska english version deutsche Webseite Русская версия

KLUB PODRÓŻNIKÓW

Rejestracja! Dołącz do Klubu!

Opinie Uczestników wypraw

MOŁDAWIA I NADDNIESTRZE ::

    Parę dni temu dostałam od Biura przesyłkę – pięknie skomponowane zdjęcia z naszego trampingu po Mołdawii i Naddniestrzu w październiku 2011.  Byliśmy na tych zdjęciach wszyscy, czasami nawet z pilotką i uwiecznieni w istotnych dla trasy miejscach. W dodatku można było odczuć również atmosferę, która panowała w czasie wędrówki. Fantastyczne było to, że na trampingu od pierwszej chwili spotkania na dworcu  w Przemyślu  wiedziałam, że będzie to tydzień, na który czekałam wiele miesięcy – ciekawa grupa  ludzi, ujmująca, przesympatyczna i profesjonalna pilotka Alicja oraz „dusziszczipatielnyje krajobrazy Mołdawii i Naddniestrza”.
    Tramping to nie wypoczynek dla ciała, ale odwrócenie się od swoich problemów, spojrzenie na świat z  innej perspektywy, to radość ze spotkania miejscowych ludzi, którzy nas obdarowywali swoim uśmiechem, życzliwością, bezinteresownym zainteresowaniem i często chęcią nawiązania trwalszych kontaktów.
    To było tylko 9 dni - a ileż wrażeń! Urokliwe Czerniowce z kamienicami XIX-wiecznej monarchii austro-węgierskiej ale i z nowoczesnym barem-restauracją (w którym i Szwejk mógłby dyskutować przy piwie o wyższości ordynansa nad swoim oficerem) i smacznym zestawem potraw,  imponujący,  niemal metropolitalny Kiszyniów, zadziwiająca pięknymi architektonicznie, lecz niesłychanie zaniedbanymi blokami  Rybnica. A potem i wędrówki po bezludnych wąwozach, tajemniczy monastyr i nocleg z przygodami, gościna we wsi  Styrcza u polskiej rodziny (choć pan domu Rosjanin i nie mówi po polsku), to  nieustanna przeplatanka piękna i brzydoty a właściwie zaniedbania  ludzkiego, które często było trudne do zrozumienia przez nas.
    Podziwiałam naszą pilotkę Alicję, która mimo młodego wieku potrafiła swoja życzliwością do ludzi wydobyć nawet ze sztywnej „prowadnicy” w plackartnym wagonie uśmiech i zgodę na wspólne zdjęcie. Dużo zobaczyłam, dużo się dowiedziałam, dużo przeżyłam – warto było!
    Gorąco polecam! Młodym - aby łatwiej im było zrozumieć świat, w którym żyli ich rodzice, starszym i „tym całkiem dojrzałym”- aby powspominali z nostalgią swoje młode lata i klimaty wtedy panujące, ale i te dobre rzeczy z tego okresu: większą życzliwość ludzi, radość z małych rzeczy, piękno natury niepoprawianej przez „postęp i nowoczesność”. 
______________________________________________Irena Sulińska, Tychy


JAPONIA :: 

    Jadąc na wyprawę do Japonii z Arsobą byłam trochę przerażona, gdyż był to dla mnie pierwszy takiego rodzaju wyjazd, ale mam nadzieję, że nie ostatni.  Mogę jednak stwierdzić, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w kraju kwitnącej wiśni. 
    Duże uznanie dla organizatora i pilota, Jurka Arsoby, który nie zważając na swoje zmęczenie służył nam pomocą i radą 24h/dobę. Świetna organizacja, opieka, sympatyczna, wesoła atmosfera.
    Program wyprawy dawał możliwości poznania nie tylko wspaniałych zjawisk geograficznych, unikalnej flory i bogatej fauny tego zakątka Azji, ale również kultury oraz obyczajów. Dzięki elastycznemu programowi znalazłam w tej wyprawie dużo spontaniczności i dowolności w realizowaniu własnych oczekiwań.
    Takich atrakcji z nutką adrenaliny nie kupicie w pakiecie żadnego biura podróży! Myślę, że długo jeszcze będę wspominała tą wyprawę i wszystkie kolejne z Arsoba Travel….
______________________________________________Magda K., Puck

INDOCHINY :: Laos, Kambodża, Tajlandia

    Miałem przyjemność wsiąść udział w wyprawie z lutego 2010. Wydarzenie to przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Pomijam już logistyczny profesjonalizm przedsięwzięcia, o którym można sporo przeczytać w poprzednich opiniach. Ja natomiast chciałbym wspomnieć o osobie samego Jerzego. Otóż człowiek ten pozornie strugając twardziela, obdarzony jest w istocie wrodzoną empatią i wrażliwością, co czyni go wspaniałym opiekunem i doprowadza tworzoną przez siebie usługę do perfekcji. Już na lotnisku zaczął wprowadzać zabawną atmosferę i dbać o samopoczucie uczestników, broniąc ich przed opryskliwością pań odprawiających bagaż, wynikającą najprawdopodobniej z braków kadrowych i słabej kondycji finansowej krajowych linii lotniczych. W jego towarzystwie zalecam uważanie na to, co się mówi. Nieopatrzne wyrażanie swoich potrzeb może doprowadzić do natychmiastowego ich zaspokojenia. Pilot jest wrażliwy na wszelkie negatywne wibracje w grupie i w miarę możliwości od razu jest na miejscu. Na przykład gdy zorientował się, że lubię survivalowe klimaty, specjalnie TYLKO DLA MNIE zorganizował nocny treking po dżungli. Ale dla wygodnickich - ależ proszę - klimatyzowane bungalowy z łazienkami i lustrami większymi niż te na ścianach, w fitnesach. Ale dla smakoszy - nic trudnego - noclegi z lokalesami, ze słoniem za ścianą... Jerzy jest swoistego rodzaju spełniaczem marzeń na poczekaniu. Moim marzeniem była przygoda...
    Kąpałem się na plaży ładniejszej niż te z moich screenów komputerowych, jadłem larwy, jeździłem na słoniu, karmiłem słonia, kąpałem słonia, (choć niektórzy twierdzą, że to on kąpał mnie), zabłądziłem w ciemnej jaskini i biegałem w kółko nie wiedząc skąd głosy dochodzą, (ale nikomu się nie przyznałem), włamałem się do parku z wodospadami (przedzierając się przez dżunglę), uciekałem na skuterze przed goniącymi mnie wściekłymi tubylcami (sam byłem sobie winien), pomogłem tubylcom wyciągnąć samochód z kanału, jarałem skręta przy ognisku z prawdziwymi hippisami, pomagałem podczas udzielania pierwszej pomocy, uciekałem przed atakami stada dzikich psów, jadłem w knajpie, w której po ścianach biegały tabuny uroczych gekonów,... A to tylko część wrażeń...
    Na tej wyprawie każdy dzień był kolejną wielką przygodą. Na tej podstawie oznajmiam, że moje potrzeby zostały zaspokojone w całej rozciągłości In extenso i jeszcze znacznie więcej, a Jerzy jest najlepszym pilotem na świecie i będę się bił z każdym, kto twierdzi, że jest inaczej!
    ps. już odkładam kasę na następną wyprawę..
______________________________________________Piotr Kryst, Częstochowa


    Z pewnością podróż z Jurkiem była niezapominalną przygodą i odkryciem nowego kawałka świata, czyli w tym przypadku Laosu i Kambodży. Mam jednakże trochę mieszane odczucia.
    Na minus muszę przyznać niedobór "kulturowo-opisowy". Kilka razy grupa była zostawiana samej sobie, co przekładało się na samodzielne zwiedzanie bądź odpoczynek. Przyznam że było w kontrakcie to zawarte (czyli że Jurek jest pilotem wyprawy, nie przewodnikiem), jednakże brakowało w czasie zwiedzania opisu odwiedzanych miejsc, przynajmniej odrobiny historii, sytuacji politycznej, opisu "jak tutaj się żyje", takiego wstępu teoretycznego do zwiedzania. Za przykład przytoczę zwiedzanie "samopas" Angkor Wat w jeden, opcjonalnie dwa dni, które mija się moim zdaniem z celem. Przyznam jednak rację że mogłem zaopatrzyć się w odpowiedni przewodnik, czytać, googlać przed wyprawą. Plan wyprawy dość często ewoluował z ostateczną wersją poznaną dopiero na lotnisku. Zmiany spowodowały że wyprawę z "Tajlandia-Kambodża-Laos" możnaby przekwalifikować na "Kambodża-Laos", gdyż spędziliśmy zaledwie kilka dni (połowę w środkach transportu) w Tajlandii, a jeden dzień na samodzielne, zabiegane zwiedzanie Bangkoku to trochę mało moim zdaniem. Nie wspominając nawet o atrakcjach znajdujących się w okolicach Bangkoku, które trzeba było sobie po prostu odpuścić.
    Z drugiej strony... nie spodziewałem się, że zobaczę świat tak inny od tego, który znam. Tubylców nie poznasz z przewodnika. Jurek zapewnił wiele nieoczekiwanych i niemal bezcennych atrakcji/odczuć/refleksji/okazji do zdjęć. Spływy rzekami z urzekającymi widokami Kambodży i Laosu. Serdeczne podejście do otoczenia, które owocowało tym samym ze strony lokalnych mieszkańców. Realna bieda w małych wioskach zagubionych w górach, gdzie szczęście polega na tym by dzieci miały co jeść. Festiwal słoni i mieszkanie w doma
ch lokalnej ludności. Zaproszenie (a może lekkie wproszenie :) ) na wiejski ślub w małej wiosce w górach. Lokalne przysmaki/rozrywki/dźwięki, tak inne od tych znanych w Europie. Pewnie też wiele innych wrażeń, które wypadły mi teraz z głowy.
    Podsumowując, byłoby lepiej aby wyprawę przemianować na "Laos i Kambodżę" od początku. Tajlandia zostawiła u mnie spory niedosyt, który z pewnością nadrobię. To co zobaczyłem w Laosie i Kambodży było bardziej imponujące/interesujące od tego czego się spodziewałem. Polecam wyprawy z Jurkiem, gdyż w tym miejscowym chaosie znajdziesz diamenty które na "super-zorganizowanych" wycieczkach już ktoś zadeptał.
    Moje zdjęcia z tej wyprawy są pod adresem: http://picasaweb.google.com/rafal.szulc
    A tak swoją drogą znowu mam więcej wolnego czasu i gdybam nad kolejnymi wakacjami :) Z Jerzego propozycji Kołyma/Kamczatka/Ukraina jakoś tak interesująco wyglądają...":)
______________________________________________Rafał Szulc, England 

CHINY :: część wschodnia, zaćmienie Słońca

 

 

    Byłem, widziałem, i polecam wyprawy z Jurkiem tym, którzy szukają prawdziwej przygody, a nie turnusu zza szybki autokaru. To właśnie takie wyprawy powinno się nazywać all-inclusive - bo tutaj faktycznie jest się tam, dokąd chciało się dotrzeć, a nie siedzi w jakimś hotelu, z grającą w tle durną muzyką i pseudo-pilotem nawołującym przez megafon do wspólnej zabawy nad basenem.
______________________________________________Tomasz Lech Czarnecki, Gliwice

    ARSOBOdni mijają, a ja wciąż myślami tkwię w Państwie Środka. To była moja trzecia wyprawa z Jurkiem i Arsoba Travel, kolejna niesamowita przygoda :) ale nie o tym, co widziałam będzie tu mowa, bo wszystko to można zobaczyć w mojej i wielu galeriach innych "zaćmieniowców" - wspomnieć natomiast trzeba o tym, jak podróżuje się z Arsoba Travel. Otóż FANTASTYCZNIE! Tramping w prawdziwym wydaniu! Jurek nie dość, że wszystko zorganizował na medal, to jeszcze zamówił nam piękną pogodę!
    Każdy z uczestników dostał doskonale przygotowany ARSOBOmapnik z mapami i schematami na każdy dzień – dzięki niemu wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy ;), wyprawowe koszulki „zaćmieniówki” z napisami po polsku, angielsku i chińsku - dzięki nim wiedzieliśmy i wszyscy wokół, że jednym z celów podróży jest pełne zaćmienie Słońca :), ARSOBOszmatki – dzięki nim mogliśmy ocierać pot z czoła, kiedy to okazywało się, że czas na wyprawach Jurka płynie inaczej, ARSOBOminuty i ARSOBOkilometry mają inny wymiar i musimy znacznie wydłużać kroki ;)
    I wszystko co wymarzone było: i zaćmienie obiecane było, i lot balonem (dla wszystkich z nas był to pierwszy raz!, i wioski ryżowe, i chiński mur, i góry żółte, i niesamowita noc pod gwiazdami, i kąpiel w oceanie ze świecącymi glonikami! Rewelacyjny kosmiczny gwiezdny pył! ;)
    Cóż… do zobaczenia w przyszłym roku gdzieś w świecie z Arsoba Travel :)
______________________________________________Asia Urban vel amorzysko, Szczecin

    Wyjazd zaplanowany z głową i poprowadzony z sercem - czego jeszcze można oczekiwać?

    Doskonały kontakt przed wyjazdem - w tym szczegółowe rady co zabrać, jak się przygotować, jakie szczepienia zrobić, jakie pieniądze wziąć, itd. Jurek wykazał się również dużą elastycznością co do logistyki - kilka osób dolatywało do Pekinu na własną rękę z innych krajów (w tym również ja). Właściwie całe formalności wyjazdowe i organizacyjne załatwiliśmy przez telefon i mailem.

    Ciekawa i dobrze pomyślana trasa - udało nam się zobaczyć wiele atrakcji w trakcie w sumie niezbyt długiej jak na taki duży kraj wyprawy. Fajnie zorganizowane pobyty (na ogół trzy, cztery noce w jednym miejscu) połączone z kilkoma długimi nocnymi przejazdami sypialnymi pociągami z jednej bazy do drugiej. Dla nieustraszonych, były nawet dwa nocowania pod gołym niebem, ale zawsze z dachem nad głową dla tych którzy wolą kołdrę i łóżko. 

    Na mnie największe wrażenie zrobiło to, że Jurek zawsze się starał abyśmy jak najwięcej zobaczyli, dzieląc się tym co sam w Chinach widział i doświadczył. Kilkakrotnie nawet wyszedł poza to co było określone w umowie - wyprawa w ramach tej samej ceny została przedłużona o dwa dni, w jednym miejscu zrobiliśmy nieplanowane pół dnia turystyki, a raz w ramach niespodzianki zaangażował swoich osobistych przyjaciół w zorganizowanie dla nas fantastycznego wieczoru.

    Jurek sprawdził się pod każdym względem - zna miejscowe realia, dbał o grupę, radził sobie dobrze z ewentualnymi napięciami. Kiedy sytuacja wymagała jakiejś korekty planów, konsultował decyzję z uczestnikami. Poza tym, jak wspomniał już Kazik, zgrywał nam karty na swój dysk, woził ze sobą adapter i rozgałęźnik, po wyprawie zgrał zdjęcia i filmy i wysłał uczestnikom. Naprawdę pełen serwis, 200%.

    Na zakończenie, dwa słowa dla tych, którzy mają wątpliwości co do wyjazdów w grupie. Dla mnie to właśnie było źródłem pewnych obaw przed wyjazdem, bo na większość wyjazdów jeżdżę na własną rękę i lubię chodzić własnymi ścieżkami. Kiedy w trakcie wstępnej rozmowy podzieliłem się tym z Jurkiem, poradził żebym się zupełnie nie przejmował. Owszem, grupa przemieszcza się z miasta do miasta i kwateruje się razem, ale program 'na miejscu' każdy ustala sobie tak jak chce. Jeśli ktoś chce jeździć z grupą to jak najbardziej, ale też każdy może sobie zrobić własny plan od A do Z, jeśli ma takie życzenie. I to się sprawdziło.

    Koniec konców, pełen szacunek i wielkie dzięki.
______________________________________________Paweł Kaźmierczyk, Kopenhaga

    Wyprawa byla rewelacyjnie przygotowana, dopięta w szczegółach, dużo niespodzianek, prezencików. Autor wyprawy wszechstronny, nie wyróżnia nikogo. Orientuje się w każdej sytuacji. Pozytywnie nastawiony i stąd pozytywny finał. Wszyscy zdrowi, uśmiechnięci.
    Pierwszy raz widziałem lidera wyprawy, który dba o wszystko: ładuje akumulatory, filmuje grupę, robi tysiące zdjęć grupy, zgrywa i wysyła płyty, zgrywa setki gigabajtów zdjęć i filmów z kart uczestników aby uwolnić im miejsce na kartach pamięci.
    Nie traci nigdy głowy w trudniejszych sytuacjach i pomaga w nich. Brak jakichkolwiek podejrzeń, że dodatkowo zarabia na grupie (z boku) w restauracjach, sklepach, gdzie jak często bywa uczestnicy wyprawy są celowo zaprowadzani aby lider miał dodatkowe prowizje. Kilkakrotnie miał okazję dodatkowo zarobić lecz zawsze pieniądze trafiały z powrotem do grupy.
    Sam kwaterował się do pokojów ostatni, tam gdzie już nikt nie chciał spać. BEZKONFLIKTOWY!!! Nosił w swoim plecaku zakupy niektórych ludzi, którym się one nie mieściły w ich plecaku. Pomagał w zakupach i to nie tylko pamiątek. Nie pił "na krzywego". Często grupę częstował swoim alkoholem (wino ryżowe, szampany). Chętnie pomagał innym turystom i nie tylko Polakom.
PODZIWIAM!!! POLECAM!!!
______________________________________________Kazik Keller, Gryfino

    The trip was amazing and I am very pleased on how everything went. You had it planned out perfectly, the timing was great. I do not have any negative opinions at this time because all I could remember is the good times. Sorry if I'm writing in English but it is a lot easier for me and quicker.  You're a great organizer and I hope to see you on another trip in the near future.
______________________________________________Bart Keller, Missisauga Ontario - Kanada

ROSJA :: Ałtaj - zaćmienie Słońca - Bajkał

    Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale od dawna ciągnęło mnie na wschód, od długiego czasu fascynowała historia i bogactwo kultury ludów zamieszkujących tamte ziemie. W szczególny zaś sposób intrygowała, niepokoiła, zadziwiała Syberia – kraina naznaczona krwią i cierpieniem tysięcy Polaków, ogromne przestrzenie dzikiej, nie skażonej cywilizacją przestrzeni, gdzie rytm życia wyznacza bezwzględna natura.
    Liczne lektury (zwłaszcza książki pana Koperskiego czy Pałkiewicza) tylko pogłębiały tę fascynację, ale czytając dotąd o Syberii nawet nie śmiałam marzyć o podróży do tej krainy, wydawała się taka daleka, dostępna tylko dla wielkich podróżników…
    Pewnego razu w Klubie Turystów Pieszych „Wiercipięty” pojawili się Jurek z Igorem by opowiedzieć o swej wielotygodniowej podróży po dalekiej Rosji. Siedziałam „jak zaczarowana”… powalające zdjęcia, niesamowite krajobrazy, rzeczywistość tak inna od naszej, zabawne opowieści, ogromna otwartość mieszkańców tamtych ziem, ich zwyczaje… to były „moje klimaty”! Potem były kolejne pokazy w „Wiercipiętach”, podczas których Jurek bardzo naturalnie zarażał nas swoją pasją, więc kiedy poinformował, że organizuje otwartą, trampingową wyprawę na Syberię – od razu, od pierwszej chwili wiedziałam, „że jadę”! Nagle postawienie własnej nogi na tej surowej, dotąd niedostępnej ziemi stało się tak bardzo realne i bliskie! Chociaż wtedy nie było jeszcze dokładnego terminu, programu, kosztorysu a na koncie zero oszczędności – NIE MIAŁAM CIENIA WĄTPLIWOŚCI, ŻE JADĘ!
    Udało się pokonać trudności i wyruszyłam… Chłonęłam Rosję wszystkimi zmysłami, nie żałuję ani jednej chwili, co więcej, wiem na pewno, że tam powrócę…
______________________________________________Ula, Szczecin

    Wyprawa do Ałtaju była dla mnie pierwszą okazją, by głębiej zapuścić się na przepastne łono Matuszki.
    Syberia jest kwintesencją rosyjskiej gościnności, otwartości, bezpardonowej szczerości, niepokornej przekory, hardości, beztroskiego niedbalstwa i czupurnego ducha poweselałego dzięki spirytualiom wszelakim. Taka mieszanka bezapelacyjnie i ponad wszelką wątpliwość musi dostarczyć niezapomnianych wrażeń i skrajnych doznań. Tak i też było w naszym przypadku. Tego się spodziewałem, choć przyznaję, że w ostatecznym rozrachunku byłem mile zaskoczony ich ilością.
    Wspomnienia, które na trwałe wyryły się w mej pamięci, to:
1. Hipnotyczna podróż w oparach - przez niezmierzone połacie pól, lasów i wiosek złożonych z rozpadających się drewnianych chatek. Wszystko to w morowym towarzystwie współbiesiadników, czyli w skrócie: "polej transsyberyjska";
2. Ruska Bania z Saszą w roli "zachłyśniętego" wykładowcy, z misją i witkami świeżych pokrzyw w dłoniach;
3. Kąpiel w czystym, bystrym strumieniu, w otoczeniu majestatycznych gór;
4. Miedowucha;
5. Szlachtowanie, oprawianie, pichcenie i delektowanie się baranem na ziemi niczyjej. Szczęśliwie czynny udział przypadł nam jedynie w tym ostatnim;
6. Bezmiar Ałtajskiego stepu;
7. Pełne zaćmienie Słońca i związany z tym równie pełen histeryczny szał;
8. Zepsuty autobus na środku miejsca, o którym mowa w pkt. 6;
9. Nowosybirsk, czyli najbardziej zapyziałe miasto świata.
______________________________________________Manayupa

    Ałtaj, Bajkał i zaćmienie słońca to były cele naszej podróży... dla mnie celem była przygoda, poczucie na własnej skórze tego, o czym od wielu lat opowiadał mi Jurek, tego czym mnie zaraża – podróżowanie.
    Trzy tygodnie wspaniałej przygody… a w mej pamięci utknęło:
    Kolej  transsyberyjska – organizacja transportu żelaznego zaskoczyła mnie totalnie! Pozytywnie naturalnie - wszystko na czas, nawet „sanitarna zona” czasem na nasze nieszczęście ;)
    Ruska bania – SPA we wschodniej odmianie ;) witki brzozowe w ruch, para buch! Po trudach dnia bania była spełnieniem marzeń.
    Czemał, miedowucha, zimna Czemałka – wspomnienia lekko zaburzone wspomnianą miedowuchą ;)
    Kosz-Agacz – zalana słońcem wioska, domy bez dachów, bo po co, skoro nie pada ;) meczet, bliny w karczmie, upał… a wokół….
    NIC…. bezkresne NIC - tak nazwałam Czujski Step, bo jego bezmiar, spokój i urok onieśmielił mnie i zaczarował, podobnie, jak pełne zaćmienie Słońca - naprawdę kosmiczne doznanie!
    Bajkał – dwa dni trekkingu deszczowym brzegiem dało nam w kość, ale było warto! Niesamowite widoki, przestrzeń, roślinność i ta cisza….
    Cele podróży osiągnięte, zaraza podróżowania zaszczepiona ;)
______________________________________________amorzysko, Choszczno

    Informację o przygotowywanej wyprawie, dostałem drogą mailową od wspólnej naszej (mojej i Jurka) znajomej mieszkającej w Australii. Pierwsza moja myśl była: JADĘ !!!
    W konsekwencji już po paru miesiącach siedziałem sobie w przemiłym towarzystwie w transsyberyjskim pociągu, podążającym ku przygodzie. Trzeba tu nadmienić, że prawie wszystkie formalności załatwiłem przez Internet (mieszkam w Norwegii).
    Sama podróż była pouczająca i bardzo długa! Rosja to wielki kraj: można tam spędzić miesiące i nie zobaczy się wszystkiego w okolicy. Zachwycały widoki, jakie obserwowałem, jadąc autobusem przez step. Koryta rzek nie meliorowane i przez to wody w nich są bardzo bystre.
    Podróż nieklimatyzowanym autobusem w tym upale jaki wtedy panował, nie należała do przyjemności. Przemierzaliśmy codziennie spore odległości. Rozumiem jednak pośpiech, spowodowany groźbą nie zdążenia na samo zaćmienie Słońca. Słoneczko nie poczekałoby na nas.
    Przejdę teraz do meritum... całkowite, złote zaćmienie Słońca. W końcu przebyliśmy kilka tysiecy kilometrów, by to cudo zobaczyć! Mimo, że trwało bardzo krótko, było niesamowite. Odniosłem  wrażenie, że uczestniczę w czymś ważnym, w czymś, co mimo wiedzy o zaćmieniu... to się w pale nie mieści !!!!
    Ktoś zapyta... po co jechać tyle km., żeby <zobaczyć> przez parę min. zaćmienie Słońca? Ja odpowiadam: a pojechałbyś na Ałtaj, jak by miał tam zagrać Led Zeppelin? W obu przypadkach, zdarza się to niezwykle rzadko (Zeppelini nawet rzadziej.. haha!).
    To było ukoronowanie naszej wędrówki. Cała wyprawa była przeprowadzona ze znajomością panujących tam realiów. Czasami po prostu zawodził tzw. czynnik ludzki.
Ludzie w Rosji - jak wszędzie, gdzie poczują łatwą kasę od turysty. Na ogół spotykaliśmy się z życzliwością a nawet podziwem.
    Reasumując... wyprawa trampingowa, na którą się wybrałem, była udana. Mimo braku przenośnego WC, klimatyzacji w namiotach i całodobowego dostępu do Internetu ;) Na pewno wybiorę się jeszcze raz na podobną wędrówkę. Polecam gorąco Arsobatravel.
______________________________________________Ireneusz (Siergiej) Moskwa - nomen omen, Oslo

    O wyprawie dowiedziałem się w marcu 2008 roku. Po zapoznaniu się z programem postanowiłem skontaktować się z organizatorem, Jerzym Arsoba. Spotkanie z tym człowiekiem dało mi poczucie, że marzenia mogą się spełnić. Od dziecka marzyłem o wyjeździe na Syberię, o podróży koleją transsyberyjską i o kąpieli w jeziorze Bajkał. Zawsze też chciałem na własne oczy zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca. Zdecydowałem, że wezmę udział w tej bardzo ciekawie zapowiadającej się wyprawę. I nie pomyliłem się.
    Już na początku wyjazdu poznałem ludzi, którzy niejedno widzieli. Okazali się prawdziwą skarbnicą wiedzy i chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Wśród nas były osoby, które przepłynęły kajakiem Bałtyk, objechali już dwa razy kulę ziemską, uprawiali trekking w Himalajach, zwiedzili Indie, czy marzą o tym aby uczyć języka angielskiego dzieci na Filipinach.
    Podróż koleją transsyberyjską była pełna wrażeń. Przemierzając tysiące kilometrów poznawaliśmy współpasażerów, graliśmy na gitarach, czytaliśmy książki, podziwialiśmy krajobrazy i prowadziliśmy długie, integrujące rozmowy.
    Odwiedziliśmy fascynujące miejsca, takie jak twierdza brzeska, Kreml, Arbat, Teatr Opery i Baletu w Nowosybirsku, drewniane domy w Irkucku i innych miejscowościach w dalekiej Rosji, naskalne malowidła sporządzone około 5000 lat temu oraz przepiękne jezioro Bajkał. Stanęliśmy na umownej granicy Europy i Azji. Poznaliśmy warunki życia w azjatyckiej części Rosji i doświadczyliśmy wspaniałej gościnności oraz serdeczności mieszkańców, którzy nas przyjmowali wszystkim co tylko mieli. Kultura Ałtaju okazała się być starą, głęboką i interesującą.
    Punktem kulminacyjnym wyprawy było przecudowne zjawisko, jakim jest zaćmienie Słońca. Obserwowaliśmy je w południowej części Republiki Ałtaj, a dokładnie na Czujskim Stepie. Podczas poszczególnych faz zaćmienia napięcie rosło z każdą minutą i osiągnęło swoje apogeum w momencie, kiedy tarcza słoneczna została całkowicie zakryta przez Księżyc. Trwało to około 2,5 minuty. Wówczas zapanował półmrok, a wśród obserwujących to zjawisko całkowita euforia. Dla czytających niniejszy opis relacja ta może wydać się nazbyt skąpa, jednak nie da się tak po prostu opisać w słowach wrażeń towarzyszących obserwacji pełnego zaćmienia Słońca. To należy zobaczyć na własne oczy i dopiero wtedy tak naprawdę można poczuć emocje z tym związane. Radość była przeogromna, a na pamiątkę oprócz zdjęć pozostały niezatarte wrażenia.
    Następnie udaliśmy się nad największy na świecie zbiornik słodkiej wody – jezioro Bajkał, zwane morzem Syberii. Trzy dni wędrowaliśmy jego brzegiem, poznając przy tym fascynującą przyrodę, spaliśmy na polu namiotowym przy polskiej bazie „Wilimówka” i płynęliśmy po jeziorze wodolotem. Zwiedzaliśmy także muzeum Bajkału w Listwiance. Urządzono tam akwarium, w którym można oglądać rzadkie, endemiczne okazy bajkalskiej fauny, takie jak ryba Omul czy foka Nerpa. W muzeum jest także popiersie znanego polskiego naukowca Jana Czerskiego, który zesłany na Syberię w XIX wieku był badaczem Bajkału i jego okolic. Najbardziej cieszy mnie to, że znalazł się czas na spełnienie jednego z moich marzeń – kąpiel w Bajkale.
    Po powrocie często wspominam tę wyprawę - była to naprawdę świetna przygoda, która przyniosła mi wiele korzyści i doświadczeń. I choć było kilka niedociągnięć organizacyjnych oraz niespodzianek wynikłych z niezależnych przyczyn, to zdaję sobie sprawę jak ciężko jest zrealizować tak ogromne przedsięwzięcie dla ponad trzydziestu osób. Jeśli będę miał możliwość, to chętnie wybiorę się na następną wyprawę organizowaną przez Jerzego.
______________________________________________Krzysztof Marciszewski

UKRAINA :: Wołyń, Podole

    Ukraina (Podole): kraj, w którym z odrobiną wyobraźni można wczuć się w klimaty naszych przodków - zwiedzając stare, zapomniane polskie cmentarze i kościoły (a właściwie ich pozostałości..). Wielkie miejsca z wielką historią, emanujące tajemniczością. Serdeczność, ciepło ukraińskich ludzi - nieskażonych komercją, snobizmem, powierzchownością - promieniuje na długo we wspomnieniach. Uroku i magii tamtych okolic nie odzwierciedlą żadne słowa. I LOVE UKRAINA! ;)
______________________________________________Magdalena Płóciennik, Kalisz Pomorski

    WRAŻENIA ogólnie niesamowite. Czas podróży, środki transportu, granica, toalety publiczne - przeżycia w pełni surrealistyczne, a momentami wręcz trauma totalna. Ale warto się przemęczyć, żeby zobaczyć absolutnie przepiękne widoki (eeeech, Chocim muszę jeszcze raz zobaczyć!), poznać bezinteresownie życzliwych ludzi i obyczaje nieskażone jeszcze amerykańską tandetą. Standardy dalekie od europejskich, ale na ogół w tym pozytywnym aspekcie. Wypoczynek rewelacyjny, choć lepiej nie liczyć na wczasy odchudzające, bo na garnuszku u Hali po prostu nie da się nie przytyć :-))))
Serdecznie polecam!
______________________________________________Magdalena Iwona Jankowska ;-)), Szczecin

    Samą podróż w tamtą stronę można już uznać za dość specyficzną atrakcję naszej wycieczki. Szybko się okazało, że pociąg, który na pierwszy rzut oka wydawał się maksymalnie przepełniony, był jednak w niektórych miejscach zupełnie pusty! Napój chmielowy, który był nieodłącznym towarzyszem naszej podróży, w pewnym momencie zaczął nas opuszczać...! A mógł to zrobić tylko w jednym, tym właśnie wolnym od podróżujących, miejscu. Niestety nie była to toaleta! Od Poznania zaadoptowała ją grupa studentów Polibudy, więc nie pozostawiając nam wyboru pożegnanie z chmielem dokonaliśmy w śluzie między wagonami. Ku naszemu nieoczekiwanemu zdziwieniu, w ślad zaraz za nami poszły czerwone od wstrzemięźliwości nerkowej matki z dziećmi oraz babuszki.
    W Krakowie pociąg mógł wreszcie odsapnąć, ponieważ zrzucił 1/3 nadwagi, a my w miarę cywilizowanych warunkach, delektowaliśmy się dalszą częścią przemiłej podróży. Godzinne opóźnienie na mecie, czyli w Przemyślu, implikowało pewne zmiany naszego z góry ustalonego planu. Zamiast dostać się bezpośrednio do Tarnopola, rozbiliśmy to na kilka bardziej złożonych etapów naszej migracji.
    Przemyśl - Medyka: busem (w cenie 2 zł). Pieszo przez granicę (podziwiając pomysłowość i drobnomieszczaństwo okolicznych mrówek), a następnie marszrutką do Lwowa, skąd rzutem na taśmę złapaliśmy ostatni w tym dniu autobus do Czortkowa. Drobna uwaga dla tych, którzy pojadą tam po raz pierwszy: Jeśli okaże się, że wszystkie bilety zostały już wyprzedane, nie należy się tym przejmować, tylko śmiało wejść do autobusu i czekać, aż podejdzie do nas woditiel (kierowca) i otrzyma od nas skromną opłatę za przewóz (z reguły 5-10hr, mniej niż cena biletu). Z Czortkowa do Iwane-Puste, które było głównym celem naszej podróży, dostaliśmy się za pomocą taksówki (Łada Samara oczywiście). I tu w tej wioseczce miał miejsce przebieg mniej, a czasem bardziej oczekiwanych wydarzeń.
    Ukraińska gościnność i moja niewytrenowana głowa spowodowały, że bardziej szczegółowe relacje z tego wyjazdu opiszą Asia i Magda. Towarzyszki podróży, które w sytuacjach kryzysowych z matczyną opieką układały nas do snu. Na podstawie zdjęć, zrobionych głównie przez Jurka, najlepszego fotografa po prawej stronie Odry, głównego inspiratora przecudnej wycieczki, mogę utwierdzić się w przekonaniu o dobrze spędzonym weekendzie majowym. Analizując te zdjęcia, wracają do mej pamięci urywki filmu, który rozpoczął się w momencie otwarcia pierwszego kapsla BIMBROZJI Wasyla. O tym jak piękne są tam tereny, oraz jak wiele jest tam egzotycznych dla nas Polaków atrakcji, można przekonać się oglądając zdjęcia. Po siedmiu dniach sytej gościnności, z żalem rozstaliśmy się z ukraińskimi przyjaciółmi: Iwanem, Halią, Iwankiem, Slavkiem, Wołodią, Wasylem, Orysą, Tarasem, Liudą, Andriejem i wieloma, wieloma innymi ludźmi, których gościnności nie da się przelać na papier.
______________________________________________Adam, Krzyż Wlkp.

    Zachodnia Ukraina – romantyczna, słowiańska dusza, pełna nostalgii i ckliwych pieśni, zaklęta w tęsknotę, do której prawdziwych źródeł nie sposób zrazu dotrzeć, a krąży wpisana tak naturalnie w koloryt kraju nad Zbruczem, Dniestrem i Smotryczem i nocą kołysze do snu, a w dzień lekko drzemie czekając na impuls, który ją obudzi. Tym impulsem często są wspomnienia. Te wyciskające łzy z oczu o wysiedleniach, tułaczce, czyjejś śmierci i osamotnieniu w biedzie czy te radośniejsze o pobycie w wojsku, o czasach beztroskiej młodości, ukraińskich dawnych zwyczajach, zawarte też w pieśniach, śpiewanych do późnej ostatniej nocy na roziskrzonym blaskiem ogniska podwórzu. Aż sąsiedzi wyglądali z zaciekawieniem, a i z zazdrością zza płotu.
    Kto przemierzał Ukrainę, choćby jej skrawek wie, jak co chwila podryguje autobus na dziurawych jak ser drogach, jak zapełnia się do ostatniego stojącego miejsca, nawet jak na pierwszy rzut oka go już nie ma, wie, że nie istnieje żaden rozkład jazdy, autobus odjeżdża wtedy, gdy miejsca są zapełnione, a tak czeka, wzdycha, niecierpliwie cmoka, ale czeka, bo pojęcie czasu jest tam względne. Zaraz może oznaczać chwilę, ale może też znaczyć kilka spędzonych w oczekiwaniu, natrętnie ciągnących się godzin. Niezapomnianym, choć krótkim przeżyciem była podróż tzw. plackartą, gdzie w wagonach nie podzielonych na przedziały obok siebie rozmieszczone są rozkładane ze stolika łóżka i jeśli ktoś chce dobrze poznać mieszkańców i kulturę kraju to warto sobie taką przejażdżkę zafundować, znikają wtedy wszelkie możliwe bariery, a na końcu wagonu na podróżujących czeka samowar z gorącą wodą na wypadek, gdyby ktoś chciał zaparzyć sobie herbatę bądź kawę.
    Mieszkaliśmy w dużej wiosce, jak nieraz mi się wydawało na krańcu świata – Iwane Puste. Tam sędziwy staruszek czas naprawdę się zatrzymał, może znudzony albo zmęczony nieustannym bieganiem po zachodniej Europie, która żyje pospiesznie między śniadaniem, lunchem i kolacją połykanymi naprędce, z drżeniem, ze strachem wpatrzona w tykanie zegara, który odmierza czas jak szalony. U Haliny i Iwana, którzy obdarowywali nas każdego dnia wszystkim, co mieli najcenniejsze: życzliwością, gościnnością, anegdotami podczas spędzanych wspólnie przy stole i napitkach wieczorów i przepyszną, choć ciężkostrawną kuchnią, w której prym wiódł barszcz ukraiński przyrządzany na różne sposoby i pierożki, a nierzadko pichcili coś na nasze zamówienie i ze zdumieniem odnajdywało się zupełnie inny smak niż w Polsce. Najprzyjemniejszym miejscem w całym domu była kuchnia pełna zapachów, kolorów, smaków naturalnych produktów, gdzie od rozgrzanego w łazience pieca i gotowanych potraw biło cudowne ciepło i można było spróbować wafli z powidłami z czarnej porzeczki czy napić mleka prosto od kozy, spróbować kompotu z truskawek. Ten gościnny dom to była baza do wspólnych wypadów z naszym przewodnikiem Jurkiem do Jaskini Kryształowej, ręcznym promem nad Dniestr, na malownicze zamki w Chocimiu, Kamieńcu Podolskim, Kudryńcach i Czarnokozińcach, skąd rozciągały się przepiękne panoramy i można było nasycić oczy ich sielskim charakterem i dalej do wiosek umoszczonych wzdłuż szemrzących i wijących się jak wstęgi rzek Smotrycz i Zbrucz, gdzie schodząc z zamkowego wzniesienia na dół i skręcając w boczne dróżki można było napotkać prawdziwe perełki rozkładu, chybotliwe mosty, które kołysało się do upadłego, aż dziewczyny piszczały przerażone wizją nieoczekiwanej kąpieli, porośnięte bluszczem chaty o nagich kątach i spróchniałych deskach, gospodarstwa, gdzie z rozbrajającym uśmiechem częstowano nas samogonem, winem domowej roboty, o piwnicach, których głębia kryła same smakowite bogactwa ukraińskiej ziemi i ponurych ścianach zdobionych zdjęciami Julii Tymoszenko.
    Noce były tak gwiaździste, że miało się wrażenie, że ogromne gwiazdy zaraz spadną na głowę, wracając o zmierzchu do domu poszukiwało się na niebie wielkiego i małego wozu, poranki chłodne, oszronione, jakby ktoś pociągnięciem pędzla umoczonego w białej farbie malował po wysokich, kładących się kępach traw, badylach kukurydzy, gałęziach drzew, dachach ukraińskich ład. W dzień za to świeciło zazwyczaj słońce, a w jego promieniach Ukraina piękniała, wypogadzała swoje tęskne oblicze. Chłonęłam te niesamowite widoki pełne zamków, ruin, wzgórz, wtapiałam się otwartymi szeroko oczami w siwe, kare i gniade grzbiety koni ciągnących bryczki po rozwalonych wioskowych drogach, gdzie co chwila na spotkanie wychodziły psy, koty, i całe dobrodziejstwo inwentarza: sznury gęsi, kur i indyków, czasem kozy, owce. Napotkani ludzie zbierający chrust czy wiążący snopki przyglądali nam się z życzliwym uśmiechem, zaciekawieniem, nierzadko podchodząc i częstując wódką albo zapraszając na poczęstunek i nocleg.
    Odwiedzając zapomniane cmentarze z odrapanymi, pochylonymi niebieskimi krzyżami bez nazwisk, gdzie pośród uroku zapomnienia owocowały jabłonie i rosły owoce czarnego bzu, polskie zapadłe kościoły z poniewierającymi się butelkami, niedopałkami papierosów, wybitymi szybami, upstrzone gęsto napisami, zimne, nieprzyjemne, smutne zdawałam sobie sprawę z ulotności chwili.
    Zachwycało mnie niemal wszystko, snopki na malowniczych polach, urocze widoczki rozciągające się z rajskich pagórków, socrealistyczne wioski z wymalowanymi jak matrioszki przystankami, w których czas się zatrzymał i miś z Olimpiady w Moskwie zaszczytnie witał zagubionych w czasie i przestrzeni turystów, zdobyczne twierdze, ruiny, prostota idąca w parze z duchowym bogactwem tych ludzi, którzy niejedno w życiu przeszli, a mimo to potrafili wyjść z godnym podziwu uśmiechem naprzeciw siermiężnej rzeczywistości, nawet z trudem skrywana hardość i spryt przewoźnika, który zabrał nas prawie siłą autobusem z Przemyśla do Tarnopola. Wszechobecne studzienki i kapliczki maryjne, a każda zdawała się inna, kolorowe, kwieciste chusty pod którymi mężatki skrywały twarze na prawosławnej mszy, choć dziś już obecne coraz rzadziej. Ukraińskie ludowe stroje, które mogłam przymierzyć podczas jednego z tych długich, magicznych wieczorów, gdy rozmawiało się o wszystkim i o niczym.
    Była to kraina zielona, która z każdym dniem nabierała rumieńców, wdziewała pospiesznie żółte i pomarańczowe szaty niczym stęskniona narzeczona na przyjazd ukochanego, brązowiała, mieniła się najróżniejszymi odcieniami czerwieni, opadała gęsto liściem, zbieranym potem przez miejscowych do wielkich worków, by ogrzać domostwa. Kraina o urodzajnej ziemi, która rodziła drzewa pięknej kaliny, bogactwo warzyw i owoców, o ludziach życzliwych, a biednych, którzy podzieliliby się tym, co mieli ostatniego, najuboższego, a z ich zmęczonych życiem twarzy nie schodził łagodny, życzliwy uśmiech. Chaty ich domostw były przeważnie biedne, z chybotliwymi płotami malowanymi w żółte kwiaty na niebieskim tle, ale za to w wiosce można było spotkać przepysznie zdobione cerkwie, wewnątrz których blask uderzał po oczach i nie wiadomo było, co bardziej podziwiać czy niesamowite ołtarze, czy zdobione malowane najwymyślniej sufity czy przepiękne obrazy.
______________________________________________Elwira, Gryfino.