wersja polska english version deutsche Webseite Русская версия

KLUB PODRÓŻNIKÓW

Rejestracja! Dołącz do Klubu!

UKRAINA :: Podole - urok wsi i twierdz


Terminy: 17 - 25 maja (8 dni), 14 - 22 czerwca,  5 - 13 lipca,
                 9 - 17 sierpnia,  6 - 14 września

Cena:  1250 zł/os
Charakter: wyprawa trampingowa, krajoznawczo - kulturowo - fotograficzna,
                  z elementami trekkingów

    Trasa wyprawy (miejsca):
TARNOPOL - KAMIENIEC PODOLSKI - CHOCIM - IWANE-PUSTE - KUDRYŃCE - CZARNOKOZIŃCE - USTIE - KRZYWCZE - HOROSZOWA - OKOPY - ZBRUCZAŃSKIE - LWÓW

         P R O G R A M ::

W związku ze zmienioną sytuacją polityczno-społeczną na Ukrainie, program wyjazdu właśnie modyfikujemy, postaramy sie go opublikować jak najszybciej. Zasadniczo odwiedzimy wszystkie te miejsca, które znamy, lubimy i odwiedzamy. Główna różnica to będzie zmiana miejsca noclegu - bazy, na pensjonat w Kamieńcu Podolskim, skąd będziemy prawie każdego dnia "satelitarnie" wyjeżdżać.

     Ś W I A D C Z E N I A   W   C E N I E :

- opracowanie i logistyka wyprawy w terenie,
- pilot Arsoba Travel przez cały czas trwania wyprawy,
- ubezpieczenie KLZ, KR, NNW i BP,
- noclegi w hotelu - pensjonacie klasy turystycznej w pokojach 2- lub 3-osobowych,
- transport na terenie Ukrainy, a także od Przemyśla na granicę i z powrotem do Przemyśla,
- bilety wstępu do twierdz w Chocimiu i Kamieńcu Podolskim;
- organizacja codziennych wyjazdów, zwiedzania i atrakcji,
- specjalnie przygotowany i wydany w formie drukowanej Mapnik Wyprawowy;

- serwis fotograficzny, przesłany pocztą po wyprawie na płycie dvd (zdjęcia i filmiki zarejestrowane w czasie wyprawy).

    Uwaga: Klubowiczom Klubu Podróżników Arsoba Travel przysługuje rabat w wysokości 7% ceny wyprawy.

    Wyprawa ma charakter trampingowy, zatem Uczestnicy na miejscu pokrywają koszt: wyżywienia, biletów wstępu (poza tymi zawartymi w świadczeniach), itp.
Minimalna kwota, jaką Uczestnik powinien zabrać ze sobą na dodatkowe oraz prywatne wydatki to około XX dolarów USA.

    Czy wiesz, jaka jest prawdziwa, prosta Ukraina? Nie taka, jaką znasz z relacji telewizyjnych o "pomarańczowej rewolucji"... To jest kraina serdecznych ludzi i gościnnych domostw, czystych wód i otwartych przestrzeni.
    Zapraszam do niezwykłej, barwnej części Ukrainy na pograniczu Wołynia i Podola, w okolice historycznie najdalej wysuniętych granic Królestwa Polskiego - tam, gdzie granic przed Turkami bronili Rodacy w twierdzach Kamieńca Podolskiego i Chocimia, tam gdzie wiją się jarami i wąwozami rzeki Zbrucz i Smotrycz, wpadając do ogromnego Dniestru. Te wyjątkowe tereny to jedyny w zach. części Ukrainy Park Narodowy. Na granicy tego parku leży wyjątkowa wieś: Iwane–Puste, Centr Zemli ;-)

    Ukraiński czarnoziem w połączeniu z prostotą i naturalnością tamtejszego rolnictwa i hodowli sprawiają, że jedzenie jest wyjątkowo smaczne, nie „wzbogacane” żadnymi wynalazkami ‘zgniłego Zachodu’. Tereny, na które Was zapraszam, są praktycznie pozbawione ruchu turystycznego! Przybysze z Zachodu traktowani są otwarcie i przyjacielsko. My, Polacy, bez większego trudu rozumiemy język ukraiński i na odwrót. Tam życie płynie spokojnie i życzliwie, choć doskwiera na co dzień bieda taka, jakiej my doświadczaliśmy przed dziesiątkami lat.

Atrakcje pobytu:
    Ręczny prom przez Dniestr, pikniki, połów ryb,  twierdze, stare miasto, rynek (w Kamieńcu Podolskim, na liście światowego dziedzictwa kulturalnego Unesco), cerkwie, stare cmentarze, stara cegielnia, panoramy widokowe, ruiny polskich zamków, zakola Zbrucza, wsie w których zatrzymał się czas i jest dużo pamiątek po epoce komunizmu, stare chaty, wizyta u babki - Polki, Jaskinia Kryształowa (jedna z największych tego typu w Europie), jary Smotrycza, rąbanie drewna, album i mundur Armii Czerwonej, stroje regionalne, studnie,  kozy, lepienie pierogów, przejażdżka wozem drabiniastym, zbiórka drewna na opał, ognisko, pieczenie kiełbasek, degustacja regionalnych potraw i używek, nauka języka ukraińskiego, przejażdżka "elektriczką".. .. ..

    W czasie wyprawy po miastach, wsiach i bezdrożach zachodniej Ukrainy (Podola) poznamy niespiesznie toczące się życie jej mieszkańców. Będziemy gośćmi w ich domostwach na wsi, będziemy jeść to co najczystsze, z ich pól i obór. Zajrzymy do trudno dostępnych miejsc, do wsi do której można przejść tylko kładką nad rzeką, do miejsc gdzie wciąż pełno pamiątek po epoce socjalizmu i rewolucji. Odwiedzimy wspaniałe twierdze na krańcach dawnego Królestwa Polskiego: w Chocimiu i Kamieńcu Podolskim.

    Galeria zdjęć z Ukrainy Igora Skawińskiego znajduje się TUTAJ - przejdź.

    W galerii zdjęć (poniżej) obejrzeć można tylko niektóre miejsca, niech reszta pozostanie niespodzianką!

    Informacje praktyczne o kraju, regionie, noclegach, trekkingach, listę wyposażenia, uwagi itp. - przekażemy mailem osobom zainteresowanym.

:: OBEJRZYJ PROFILE NASZYCH PILOTÓW :: P O K A Ż

:: ZGŁOŚ CHĘĆ UDZIAŁU W WYPRAWIE :: ZADAJ PYTANIE :: K O N T A K T

OBEJRZYJ LISTĘ WSZYSTKICH NASZYCH WYPRAW I WYCIECZEK 2014 :: POKAŻ

OPINIE UCZESTNIKÓW:
    Ukraina (Podole): kraj, w którym z odrobiną wyobraźni można wczuć się w klimaty naszych przodków - zwiedzając stare, zapomniane polskie cmentarze i kościoły (a właściwie ich pozostałości..). Wielkie miejsca z wielką historią, emanujące tajemniczością. Serdeczność, ciepło ukraińskich ludzi - nieskażonych komercją, snobizmem, powierzchownością - promieniuje na długo we wspomnieniach. Uroku i magii tamtych okolic nie odzwierciedlą żadne słowa. I LOVE UKRAINA! ;)
______________________________________________Magdalena Płóciennik, Kalisz Pomorski
    WRAŻENIA ogólnie niesamowite. Czas podróży, środki transportu, granica, toalety publiczne - przeżycia w pełni surrealistyczne, a momentami wręcz trauma totalna. Ale warto się przemęczyć, żeby zobaczyć absolutnie przepiękne widoki (eeeech, Chocim muszę jeszcze raz zobaczyć!), poznać bezinteresownie życzliwych ludzi i obyczaje nieskażone jeszcze amerykańską tandetą. Standardy dalekie od europejskich, ale na ogół w tym pozytywnym aspekcie. Wypoczynek rewelacyjny, choć lepiej nie liczyć na wczasy odchudzające, bo na garnuszku u Hali po prostu nie da się nie przytyć :-))))
Serdecznie polecam!
______________________________________________Magdalena Iwona Jankowska ;-)), Szczecin
    Samą podróż w tamtą stronę można już uznać za dość specyficzną atrakcję naszej wycieczki. Szybko się okazało, że pociąg, który na pierwszy rzut oka wydawał się maksymalnie przepełniony, był jednak w niektórych miejscach zupełnie pusty! Napój chmielowy, który był nieodłącznym towarzyszem naszej podróży, w pewnym momencie zaczął nas opuszczać...! A mógł to zrobić tylko w jednym, tym właśnie wolnym od podróżujących, miejscu. Niestety nie była to toaleta! Od Poznania zaadoptowała ją grupa studentów Polibudy, więc nie pozostawiając nam wyboru pożegnanie z chmielem dokonaliśmy w śluzie między wagonami. Ku naszemu nieoczekiwanemu zdziwieniu, w ślad zaraz za nami poszły czerwone od wstrzemięźliwości nerkowej matki z dziećmi oraz babuszki.
    W Krakowie pociąg mógł wreszcie odsapnąć, ponieważ zrzucił 1/3 nadwagi, a my w miarę cywilizowanych warunkach, delektowaliśmy się dalszą częścią przemiłej podróży. Godzinne opóźnienie na mecie, czyli w Przemyślu, implikowało pewne zmiany naszego z góry ustalonego planu. Zamiast dostać się bezpośrednio do Tarnopola, rozbiliśmy to na kilka bardziej złożonych etapów naszej migracji.
    Przemyśl - Medyka: busem (w cenie 2 zł). Pieszo przez granicę (podziwiając pomysłowość i drobnomieszczaństwo okolicznych mrówek), a następnie marszrutką do Lwowa, skąd rzutem na taśmę złapaliśmy ostatni w tym dniu autobus do Czortkowa. Drobna uwaga dla tych, którzy pojadą tam po raz pierwszy: Jeśli okaże się, że wszystkie bilety zostały już wyprzedane, nie należy się tym przejmować, tylko śmiało wejść do autobusu i czekać, aż podejdzie do nas woditiel (kierowca) i otrzyma od nas skromną opłatę za przewóz (z reguły 5-10hr, mniej niż cena biletu). Z Czortkowa do Iwane-Puste, które było głównym celem naszej podróży, dostaliśmy się za pomocą taksówki (Łada Samara oczywiście). I tu w tej wioseczce miał miejsce przebieg mniej, a czasem bardziej oczekiwanych wydarzeń.
    Ukraińska gościnność i moja niewytrenowana głowa spowodowały, że bardziej szczegółowe relacje z tego wyjazdu opiszą Asia i Magda. Towarzyszki podróży, które w sytuacjach kryzysowych z matczyną opieką układały nas do snu. Na podstawie zdjęć, zrobionych głównie przez Jurka, najlepszego fotografa po prawej stronie Odry, głównego inspiratora przecudnej wycieczki, mogę utwierdzić się w przekonaniu o dobrze spędzonym weekendzie majowym. Analizując te zdjęcia, wracają do mej pamięci urywki filmu, który rozpoczął się w momencie otwarcia pierwszego kapsla BIMBROZJI Wasyla. O tym jak piękne są tam tereny, oraz jak wiele jest tam egzotycznych dla nas Polaków atrakcji, można przekonać się oglądając zdjęcia. Po siedmiu dniach sytej gościnności, z żalem rozstaliśmy się z ukraińskimi przyjaciółmi: Iwanem, Halią, Iwankiem, Slavkiem, Wołodią, Wasylem, Orysą, Tarasem, Liudą, Andriejem i wieloma, wieloma innymi ludźmi, których gościnności nie da się przelać na papier.
______________________________________________Adam, Krzyż Wlkp.
    Zachodnia Ukraina – romantyczna, słowiańska dusza, pełna nostalgii i ckliwych pieśni, zaklęta w tęsknotę, do której prawdziwych źródeł nie sposób zrazu dotrzeć, a krąży wpisana tak naturalnie w koloryt kraju nad Zbruczem, Dniestrem i Smotryczem i nocą kołysze do snu, a w dzień lekko drzemie czekając na impuls, który ją obudzi. Tym impulsem często są wspomnienia. Te wyciskające łzy z oczu o wysiedleniach, tułaczce, czyjejś śmierci i osamotnieniu w biedzie czy te radośniejsze o pobycie w wojsku, o czasach beztroskiej młodości, ukraińskich dawnych zwyczajach, zawarte też w pieśniach, śpiewanych do późnej ostatniej nocy na roziskrzonym blaskiem ogniska podwórzu. Aż sąsiedzi wyglądali z zaciekawieniem, a i z zazdrością zza płotu.
    Kto przemierzał Ukrainę, choćby jej skrawek wie, jak co chwila podryguje autobus na dziurawych jak ser drogach, jak zapełnia się do ostatniego stojącego miejsca, nawet jak na pierwszy rzut oka go już nie ma, wie, że nie istnieje żaden rozkład jazdy, autobus odjeżdża wtedy, gdy miejsca są zapełnione, a tak czeka, wzdycha, niecierpliwie cmoka, ale czeka, bo pojęcie czasu jest tam względne. Zaraz może oznaczać chwilę, ale może też znaczyć kilka spędzonych w oczekiwaniu, natrętnie ciągnących się godzin. Niezapomnianym, choć krótkim przeżyciem była podróż tzw. plackartą, gdzie w wagonach nie podzielonych na przedziały obok siebie rozmieszczone są rozkładane ze stolika łóżka i jeśli ktoś chce dobrze poznać mieszkańców i kulturę kraju to warto sobie taką przejażdżkę zafundować, znikają wtedy wszelkie możliwe bariery, a na końcu wagonu na podróżujących czeka samowar z gorącą wodą na wypadek, gdyby ktoś chciał zaparzyć sobie herbatę bądź kawę.
    Mieszkaliśmy w dużej wiosce, jak nieraz mi się wydawało na krańcu świata – Iwane Puste. Tam sędziwy staruszek czas naprawdę się zatrzymał, może znudzony albo zmęczony nieustannym bieganiem po zachodniej Europie, która żyje pospiesznie między śniadaniem, lunchem i kolacją połykanymi naprędce, z drżeniem, ze strachem wpatrzona w tykanie zegara, który odmierza czas jak szalony. U Haliny i Iwana, którzy obdarowywali nas każdego dnia wszystkim, co mieli najcenniejsze: życzliwością, gościnnością, anegdotami podczas spędzanych wspólnie przy stole i napitkach wieczorów i przepyszną, choć ciężkostrawną kuchnią, w której prym wiódł barszcz ukraiński przyrządzany na różne sposoby i pierożki, a nierzadko pichcili coś na nasze zamówienie i ze zdumieniem odnajdywało się zupełnie inny smak niż w Polsce. Najprzyjemniejszym miejscem w całym domu była kuchnia pełna zapachów, kolorów, smaków naturalnych produktów, gdzie od rozgrzanego w łazience pieca i gotowanych potraw biło cudowne ciepło i można było spróbować wafli z powidłami z czarnej porzeczki czy napić mleka prosto od kozy, spróbować kompotu z truskawek. Ten gościnny dom to była baza do wspólnych wypadów z naszym przewodnikiem Jurkiem do Jaskini Kryształowej, ręcznym promem nad Dniestr, na malownicze zamki w Chocimiu, Kamieńcu Podolskim, Kudryńcach i Czarnokozińcach, skąd rozciągały się przepiękne panoramy i można było nasycić oczy ich sielskim charakterem i dalej do wiosek umoszczonych wzdłuż szemrzących i wijących się jak wstęgi rzek Smotrycz i Zbrucz, gdzie schodząc z zamkowego wzniesienia na dół i skręcając w boczne dróżki można było napotkać prawdziwe perełki rozkładu, chybotliwe mosty, które kołysało się do upadłego, aż dziewczyny piszczały przerażone wizją nieoczekiwanej kąpieli, porośnięte bluszczem chaty o nagich kątach i spróchniałych deskach, gospodarstwa, gdzie z rozbrajającym uśmiechem częstowano nas samogonem, winem domowej roboty, o piwnicach, których głębia kryła same smakowite bogactwa ukraińskiej ziemi i ponurych ścianach zdobionych zdjęciami Julii Tymoszenko.
    Noce były tak gwiaździste, że miało się wrażenie, że ogromne gwiazdy zaraz spadną na głowę, wracając o zmierzchu do domu poszukiwało się na niebie wielkiego i małego wozu, poranki chłodne, oszronione, jakby ktoś pociągnięciem pędzla umoczonego w białej farbie malował po wysokich, kładących się kępach traw, badylach kukurydzy, gałęziach drzew, dachach ukraińskich ład. W dzień za to świeciło zazwyczaj słońce, a w jego promieniach Ukraina piękniała, wypogadzała swoje tęskne oblicze. Chłonęłam te niesamowite widoki pełne zamków, ruin, wzgórz, wtapiałam się otwartymi szeroko oczami w siwe, kare i gniade grzbiety koni ciągnących bryczki po rozwalonych wioskowych drogach, gdzie co chwila na spotkanie wychodziły psy, koty, i całe dobrodziejstwo inwentarza: sznury gęsi, kur i indyków, czasem kozy, owce. Napotkani ludzie zbierający chrust czy wiążący snopki przyglądali nam się z życzliwym uśmiechem, zaciekawieniem, nierzadko podchodząc i częstując wódką albo zapraszając na poczęstunek i nocleg.
    Odwiedzając zapomniane cmentarze z odrapanymi, pochylonymi niebieskimi krzyżami bez nazwisk, gdzie pośród uroku zapomnienia owocowały jabłonie i rosły owoce czarnego bzu, polskie zapadłe kościoły z poniewierającymi się butelkami, niedopałkami papierosów, wybitymi szybami, upstrzone gęsto napisami, zimne, nieprzyjemne, smutne zdawałam sobie sprawę z ulotności chwili.
    Zachwycało mnie niemal wszystko, snopki na malowniczych polach, urocze widoczki rozciągające się z rajskich pagórków, socrealistyczne wioski z wymalowanymi jak matrioszki przystankami, w których czas się zatrzymał i miś z Olimpiady w Moskwie zaszczytnie witał zagubionych w czasie i przestrzeni turystów, zdobyczne twierdze, ruiny, prostota idąca w parze z duchowym bogactwem tych ludzi, którzy niejedno w życiu przeszli, a mimo to potrafili wyjść z godnym podziwu uśmiechem naprzeciw siermiężnej rzeczywistości, nawet z trudem skrywana hardość i spryt przewoźnika, który zabrał nas prawie siłą autobusem z Przemyśla do Tarnopola. Wszechobecne studzienki i kapliczki maryjne, a każda zdawała się inna, kolorowe, kwieciste chusty pod którymi mężatki skrywały twarze na prawosławnej mszy, choć dziś już obecne coraz rzadziej. Ukraińskie ludowe stroje, które mogłam przymierzyć podczas jednego z tych długich, magicznych wieczorów, gdy rozmawiało się o wszystkim i o niczym.
    Była to kraina zielona, która z każdym dniem nabierała rumieńców, wdziewała pospiesznie żółte i pomarańczowe szaty niczym stęskniona narzeczona na przyjazd ukochanego, brązowiała, mieniła się najróżniejszymi odcieniami czerwieni, opadała gęsto liściem, zbieranym potem przez miejscowych do wielkich worków, by ogrzać domostwa. Kraina o urodzajnej ziemi, która rodziła drzewa pięknej kaliny, bogactwo warzyw i owoców, o ludziach życzliwych, a biednych, którzy podzieliliby się tym, co mieli ostatniego, najuboższego, a z ich zmęczonych życiem twarzy nie schodził łagodny, życzliwy uśmiech. Chaty ich domostw były przeważnie biedne, z chybotliwymi płotami malowanymi w żółte kwiaty na niebieskim tle, ale za to w wiosce można było spotkać przepysznie zdobione cerkwie, wewnątrz których blask uderzał po oczach i nie wiadomo było, co bardziej podziwiać czy niesamowite ołtarze, czy zdobione malowane najwymyślniej sufity czy przepiękne obrazy.
______________________________________________Elwira, Gryfino